Piecyk Harry'ego Robertsona

Opowieści o folksongach i szantach
Jarosław Tomczyk, 24 listopada 2022
Harry Robertson
Fot. harryrobertson.net
Pieśni folkowe, ludowe niosą z sobą bogactwo historii – tych prawdziwych, i tych wymyślonych. Oto jedna z nich, liryczna opowieść o skromnych rozrywkach ekipy technicznej na stacji wielorybniczej podczas sezonu zimowego.

Listopad, na południowej półkuli trwa wiosna. To czas, w którym (gdy jeszcze funkcjonował przemysł wielorybniczy) wielorybnicy antarktyczni wracali do roboty. W stacjach wielorybniczych czekał na nich sprzęt, który był sprawny tylko dzięki ciężkiej pracy ekip serwisowych. Swego czasu członkiem takiej ekipy był autor naszej piosenki, bohaterki tej opowieści...

Harry Robertson

Żył w latach 1923–1995. Australijski marynarz szkockiego pochodzenia, inżynier, piosenkarz folkowy, autor wielu piosenek, niezwykle zasłużony dla rozwoju muzyki folkowej w Australii. Urodził się w Glasgow w Szkocji, w muzycznej rodzinie. Karierę zawodową rozpoczął w czasie II Wojny Światowej w fabryce Rolls-Royce’a produkującej silniki dla Hurricane’ów i Spitfire’ów. W latach 1945–1947 służył w Royal Navy na Morzu Północnym. Później z Shell Oil Company opłynął praktycznie cały świat aż osiadł w Australii. W końcu zamustrował na wielorybniki, służył na statkach wielorybniczych penetrujących subantarktykę i regiony subtropikalne. Swoje doświadczenia z tego czasu podsumował na albumie z 1971 roku „Whale Chasing Men: Songs of Whaling in Ice and Sun”, będącym muzyczną kroniką życia ludzi związanych z przemysłem wielorybniczym u jego schyłku w XX wieku.

W latach 1950–1951 pracował jako inżynier w ekipie serwisowej w porcie Leith Harbour, na północno wschodnim brzegu Południowej Georgii, gdzieś na południowym Atlantyku, nieopodal Antarktyki. I o przeżyciach z tego okresu opowiada nasza piosenka. Nawiasem mówiąc, to na tę wyspę Ernest Shackleton dotarł w maju 1916 r. z pięcioma towarzyszami na 6-metrowej szalupie ratunkowej aby sprowadzić pomoc dla swojej załogi uwięzionej na Wyspie Słoniowej.

Wee Pot Stove

Song opowiada o wieczornych posiadówkach na stacji wielorybniczej. Po sezonie bazę opuszczały transportowce i załogi wielorybników. Na długie zimowe miesiące na wyspie zostawała tylko ekipa techników, która miała za zadanie przygotować statki wielorybnicze do kolejnego sezonu. Przez kilka miesięcy do Leith Harbour nie docierała poczta, o telefonach nikt nawet nie myślał, jedyny kontakt ze światem dawał oficjalny, służbowy odbiornik radiowy. Inżynierowie remontujący „kitoboje”, po robocie, w długie zimowe wieczory, musieli coś ze sobą zrobić. Zbierali się chłopcy wieczorami wokół małego żelaznego pieca. Na zewnątrz mróz i kilkustopowe zaspy. A nasz Harry Robertson raczył ekipę śliwkowym winem. W tamtych warunkach śliwkowy trunek smakował zapewne jak najlepszy szampan. Zresztą, tak sam autor o tym opowiadał:

Na podłodze mojej kabiny stało emaliowane wiadro z domowego wywaru. W środku żółty płyn, ledwo fermentujący, pełen czarnych suszonych śliwek. W sobotni wieczór moi goście wpadali do mojej chaty pokrytej śniegiem, zamieć na zewnątrz wyła cały tydzień. Nikt z nas nie zastanawiał się nad tym zbytnio – taka była zima w Leith Harbour w Georgii Południowej. Statki-przetwórnie i transportowce wyruszyły kilka miesięcy temu do domu, zostawiając nas, byśmy naprawili ścigacze wielorybów na następny sezon. Przez wiele kolejnych miesięcy nie spodziewaliśmy się poczty, gazet ani żadnego kontaktu z zewnątrz, poza oficjalnym nadajnikiem radiowym. Nędza stacji wielorybniczej została przykryta wieloma stopami śniegu i do pewnego stopnia ukrywała swoją brzydotę. Tymczasem ja, jako gospodarz, napełniłam kubki gości, a oni pili łapczywie sok z suszonych śliwek. Jeśli można oceniać po ich entuzjazmie – żadne wino rocznikowe nigdy nie smakowało lepiej. Pierwszy garnuch powodował, że odtajali, po drugim zaczynali śpiewać – piosenki wszelkiego rodzaju, szkockie, angielskie, norweskie, szwedzkie – stare piosenki, sprośne, przyśpiewki, wszystkie śpiewane bez akompaniamentu – ale z rozkoszą. Garnuch trzeci zwykle wywoływał filozoficzną nostalgię. Ten stan ducha, w połączeniu z nadświadomością naszej izolacji, wywoływał z czasem silne tendencje antyspołeczne u większości gości. Był to krytyczny moment wieczoru dla gospodarza – musiał eksmitować lub zostać eksmitowany! Spotykaliśmy się wszyscy następnego ranka, lekko posiniaczeni, ale uwolnieni od wewnętrznych napięć. Człapaliśmy po pokrytych lodem przejściach na oblodzone pokłady i do słabo oświetlonych mroźnych maszynowni, aby naprawić silniki. Naszym pierwszym zadaniem było więc rozpalić mały żelazny piecyk (taka koza – po ichniemu Wee Pot Stove – przyp. autora) i trochę się ogrzać. I tak staliśmy stłoczeni wokół małego piecyka i dyskutowaliśmy o esencji naparu – jakości śpiewu i o tym, jaka to była dobra walka. Prawdziwym skarbem w takich chwilach był "Paddy the Liar" (Paddy kłamczuch – przyp. autora), który nigdy nie pozwolił, by prawda zepsuła dobrą historię. Ale słuchałem też ludzi, którzy podróżowali po Australii, malując słowem piękne obrazy. Tak było aż do powrotu, w następnym sezonie, statków-przetwórni – żelazny piecyk był rzeczywiście ogniskiem wielorybników.”

I o tym piecyku, będącym centrum życia zimowego na stacji wielorybniczej jest nasz „Wee Pot Stove”.

Piosenka niezwykle udana (jedna z moich ulubionych) i zasłużenie popularna wśród wykonawców nie tylko morskiego folku. Czasem można ją usłyszeć pod tytułem „Wee Dark Engine Room”. Tu nam śpiewa legenda okresu odrodzenia folku (tzw. folk revival – przyp. autora) na wyspach brytyjskich Nic Jones, ale śpiewana jest na całym świecie, często a capella – znaczy melodia się śpiewakom podoba.

Krewni i Znajomi Królika

Na polski przekładając to już będzie „Mały żelazny piecyk”. Piękne słowa polskie do tej piosenki napisał Jarosław „Królik” Zajączkowski i jako „Pieśń o żelaznym piecyku” wykonywał ją razem z zespołem Krewni i Znajomi Królika. Posłuchajcie...

To tyle na dziś. Kolejne opowieści w drodze, a tym czasem zapraszam do mojego podcastu Spotify: Jarasaseasongi. Tam znajdziecie inne opowieści o folkowych songach.

 

Sail Ho!

 

W artykule zamieściłem utwory:
„Whale Chasing Man” w wykonaniu Harry’ego Robertsona, słowa i muzyka: Harry Robertson
„The Wee Pot Stove” w wykonaniu Nica Jonesa, słowa i muzyka: Harry Robertson
„Pieśń o żelaznym piecyku” w wykonaniu zespołu Krewni i Znajomi Królika, słowa: Jarosław „Królik” Zajączkowski, muzyka: Harry Robertson (tytuł oryginału: "The Wee Pot Stove")

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter folkowy
Pokaż menu